Po ogień
Październik 31st, 2009 Autor: admin
Ogień w Bakczysaraju
Ilekroć myślę o ogrzewaniu, przypomina mi się historia pewnego palnika. Jechaliśmy wtedy na Krym. Ja miałam się o namiot i inne większe tego typu rzeczy nie martwić, więc się nie martwiłam, bo namiotu nawet nie miałam, a o tym, że na czymś przyjdzie nam gotować przez trzy tygodnie nie pomyślałam. Wszyscy spotkaliśmy się przed busem i gdy ruszyliśmy z miejsca zaczęliśmy wymieniać się informacjami o naszym dobytku. Nic nie wskazywało na to, że czegoś ktoś z nas zapomniał, przynajmniej w chwili rozmowy. Jeszcze w Lublinie okazało się, że jeden z nas zapomniał paszportu, więc już zaczynało robić się ciekawie. Zaczęłam się zastanawiać, co będzie dalej, jak tak ciekawie się zaczyna jeszcze w Polsce. Ale znając nas o przygodach nie mogliśmy zapomnieć. Pamiętam ten upał i pierwszą jazdę pociągiem ukraińskim. Dojechaliśmy do Symferopola, stąd pojechaliśmy do Bakczysaraju. Od razu zakochaliśmy się w tym miasteczku. Ten muzułmański klimat potrafi przyciągnąć nawet najbardziej wybrednego podróżnika. Już samą egzotyką było mycie się przy przydrożnym kraniku.
Bez palnika
Po przyjemnej kąpieli, o ile polanie się butelką można nazwać kąpielą, poszliśmy dalej. Domy wyryte w skałach robiły wrażenie, ale my mieliśmy znaleźć nocleg i wkrótce coś ugotować, by nie paść z głodu, więc szukaliśmy miejsca na rozbicie naszego obozu i znaleźliśmy. Miejsce wymarzone przez nas i wypatrzone było położone kilka metrów nad drogą, a może nawet kilkanaście, na wysokiej skale, a raczej na paśmie skał. Każdy z nas chciał już odpocząć, więc szybko zaczęliśmy się wspinać i znowu się spociliśmy, także każdy z nas zaczął zastanawiać się nad sensem naszej eleganckiej wcześniejszej kąpieli. Dotarliśmy. Rozbiliśmy namioty i zaczęliśmy się zastanawiać, co zjeść. Mieliśmy dużo makaronu. Zatem makaron z jakimiś powidłami, czy kompotem, już dokładnie nie pamiętam, ale w każdym razie coś na słodko. Wyjęliśmy makaron i palnik, wszystko wydawało się, że mamy, dopóki kolega nie stwierdził braku paliwa do palnika. To był koniec naszej kolacji, tak nam się wydawało, ale pamiętam, ze jakimś cudem coś paliwa ostało się jeszcze w palniku, tak że makaron udało się zagotować.